Choć trudno w to uwierzyć, jeszcze tydzień temu pracowaliśmy w t-shirtach na słonecznej Malcie. 17 listopada zespół Magic w 11-osobowym składzie doleciał do Marsaskali, miejscowości rybackiej położonej w południowo-wschodniej części wyspy, by przez następne 7 dni pracować w niezwykle sprzyjających warunkach.

Dwupiętrowy apartament z dwoma basenami i niezwykłym widokiem okazał się strzałem w dziesiątkę dla kilkunastoosobowego, pracowitego teamu. Po licznych migracjach z laptopem, które były interesującym zjawiskiem, każdy z nas znalazł komfortowe i dogodne miejsce do pracy. Spoglądanie znad laptopa na morze, które nas otaczało, sprawiało, że rozwiązanie każdego problemu przychodziło niezwykle łatwo.


Kraj opuncji przywitał nas deszczem, ale nie przeszkodziło nam to w zwiedzaniu urokliwej stolicy państwa. Valletta – nazywana niekiedy
muzeum pod gołym niebem ze względu na fakt bycia jednym z najbardziej zagęszczonych obszarów zabytkowych na świecie – zachwyciła nas bez reszty. Najstarsze budowle na świecie – przede wszystkim pałace, fortyfikacje i bastiony – robią wrażenie, tak jak kościoły, których tu pełno (w całym kraju jest ich ponad 300, co stanowi imponującą liczbę, zważywszy na wielkość wyspy – 316 km²). Miasto pełne jest motywów religijnych; każdy zakamarek kryje w sobie jakiś (najczęściej maryjny) ornament. Ujęły nas również tamtejsze charakterystyczne balkony i stare szyldy.


Nasze zwiedzanie nie było aż tak intensywne, jak sobie wcześniej zaplanowaliśmy. Wynikało to z faktu, że w listopadzie – w przeciwieństwie do miesięcy letnich – zmrok zapada szybciej i po skończonej pracy nasze możliwości były ograniczone. Mimo to, staraliśmy się aktywnie wykorzystywać czas po pracy, zwiedzając miejsca z wcześniej sporządzonej listy to-visit, które były położone najbliżej naszej lokalizacji. Ciche i wąskie uliczki urokliwych, niewielkich miasteczek wieczorami prezentowały się malowniczo, ale wiele dalibyśmy, żeby przekonać się, jak prezentują się też za dnia.


Pierwszego dnia przeżyliśmy duże rozczarowanie temperaturą wody w basenie, ale… nie ma tego złego, co by się nam wykąpać nie pozwoliło i za namową naszego jedynego dyplomowanego morsika (Anety), pokonaliśmy zespołowo wszystkie szoki termiczne. Kąpiel w morzu była zdecydowanie przyjemniejsza i cieszymy się, że w dwa ostatnie (sprzyjające temperaturowo) dni udało nam się wreszcie zanurzyć w lazurowych wodach Morza Śródziemnego.

Po zwiedzaniu stolicy przyszedł czas na klify Dingli wieńczące zachodnie brzegi Malty. Ich wysokość dochodzi nawet do 250 metrów. Droga prowadząca na klify nie pozostawia wątpliwości, że maltańska wyspa jest obfita w roślinność, a rosnące wzdłuż drogi opuncje są idealnym dopełnieniem zapierających dech w piersiach widoków.

Marsaskala, w której mieszkaliśmy, będąca dawnym portem rybackim, najbardziej podobała nam się nocą. Poza stolicą i klifami Dingli – na których zwiedzanie poświęciliśmy cały weekend – udaliśmy się też do nasiąkniętej historią Mdiny, czyli dawnej stolicy Malty, która urzekła nas swoją niezwykłą architekturą – budynkami z piaskowca, pięknym placem i zacisznymi, podświetlonymi podwórkami. Mdina – jak każde zwiedzane przez nas miasteczko – była cicha i wolna od tłumów, co doskonale regenerowało umysły zaabsorbowane taskami i bugami.

Obowiązkowym punktem wycieczki było powszechnie polecane Blue Grotto, czyli zachwycające jaskinie wyrzeźbione przez morskie fale w skalistych klifach. Jeden wieczór poświęciliśmy też na odwiedzenie najsłynniejszej osady rybackiej o nazwie Marsaxlokk, pełnej charakterystycznych, kolorowych łódek, które są maltańskim znakiem rozpoznawczym i małych, ale nastrojowych restauracji serwujących świeżo złowione ryby i owoce morza.

W trakcie zwiedzania stosunkowo dużo czasu spędziliśmy na przystankach, czekając na maltańskie połączenia autobusowe. Kolektywne momenty radości, odpoczynku i zwątpienia (w to, że cokolwiek przyjedzie) zostały świetnie uwiecznione przez czujne oko fotografa.

Odwiedzenie obcego kraju bez spróbowania kuchni lokalnej byłoby wielkim grzechem, dlatego nie mogliśmy odmówić sobie typowo maltańskiej uczty – przedostatniego wieczoru na naszych talerzach pojawiły się pieczone króliki i najróżniejsze owoce morza. Mniej wykwintnymi, ale nie mniej ważnymi (!) okazały się lody z najlepszej lodziarni w stolicy i niedojrzałe opuncje prosto z drzewa.

Owocny, FINGO-owy teamworking był na Malcie zauważalny bardziej niż dotychczas i to nie między jedną a drugą linijką kodu, a w trakcie wspólnego przyrządzania posiłków lub sprzątania. Poranne rytuały w postaci przygotowywania innym kawy, kolektywne jedzenie maltańskich oliwek i serków lub budzenie tych, których dobudzić się nie dało, sprawiały, że początek pracy był zdecydowanie przyjemniejszy. Dbanie o siebie obowiązywało całą dobę, dlatego – jak widać na poniższych zdjęciach – dbaliśmy nie tylko o to, żeby nikt nie chodził głodny, ale również o to, żeby nikt nie podjadał między posiłkami.

Co nam to dało?

Klify klifami, widoki widokami, ale liczą się konkrety. Najważniejsze pytanie brzmi: co nam (poza krótkotrwałą opalenizną) dało 7 dni pracy w sprzyjających okolicznościach?

  1. Zrozumieliśmy, że po porannych aktywnościach fizycznych, takich jak bieganie czy nurkowanie w korzystnych okolicznościach przyrody, pracuje się o wiele lepiej niż po porannym bieganiu na tramwaj.

2. Dzięki podzieleniu czasu pracy na części przekonaliśmy się, że praca w interwałach jest przede wszystkim dużo przyjemniejsza, bardziej efektywna i że mimo częstego przekraczania standardowych ośmiu godzin pracy w ciągu dnia, nie czuliśmy zmęczenia.

3. Siedem dni spędzonych ze sobą bez wątpienia pozwoliło nam na lepsze poznanie siebie i nawiązanie silniejszych relacji. Jak widać na poniższym zdjęciu – pewne sytuacje codzienne pozwoliły nam przede wszystkim zorientować się, jak wiele nas łączy.


4. Sprawdziliśmy, że potrafimy skupić się na pracy i tworzyć dobry software nawet, jeśli znajdujemy się w pobliżu dwóch basenów, morza i wszystkich innych niecodziennych rozpraszaczy. Nasza odpowiedzialność i zaangażowanie w projekty vs maltańskie dobrodziejstwa – 1:0.  

5. Uświadomiliśmy sobie, jak bardzo brakuje nam na Malcie tych ludzi z naszego teamu, którzy z różnych powodów nie mogli z nami pojechać. Wideorozmowy były zbawienne, ale chcielibyśmy, żebyście wiedzieli – tęskniliśmy. 


6. Dzięki wspólnie spędzonym wieczorom dowiedzieliśmy się, że istnieje więcej obszarów, w które potrafimy się angażować równie mocno, jak w pracę. Dowiedzieliśmy się też, kto śpiewa dobrze, a kto tylko się stara, ale najważniejsze, że wszystkim sprawiało to tyle samo przyjemności.


7. Zjedliśmy najlepsze falafele w naszym życiu i to nie w maltańskiej restauracji, a przyrządzone przez jednego z nas (chapeau bas, Łukasz), co jest dowodem na to, że jesteśmy teamem samowystarczalnym i że w FINGO mamy wszystko, czego nam potrzeba, a inicjatywy takie jak workation są tylko narzędziem do uświadomienia sobie tego. W teorii wcale nie musieliśmy zatem pokonywać dwóch tysięcy kilometrów, żeby tego doświadczyć, ale gdybyśmy nie polecieli na Maltę, być może nigdy nie dowiedzielibyśmy się o różnych potencjałach tkwiących w każdym z nas.


8. Pozwoliło nam to odetchnąć, odpocząć nieco od miejskiego zgiełku i listopadowych szarości. Do wrocławskiego biura wróciliśmy przyjemnie zregenerowani i z zupełnie nową perspektywą.