Drugi dzień weekendu

Dzień chcieliśmy zacząć od wejścia na pobliską skalistą górę, zwieńczoną flagą i punktem widokowym. Niestety, nie udało nam się znaleźć szlaku, a jedynie coś, co wyglądało jak wydeptana ścieżka. Po kilkudziesięciu metrach nie byliśmy w stanie stwierdzić, którędy wiedzie droga. Maciek i Czarek weszli trochę wyżej, by poszukać wejścia, my zaś zawróciliśmy. Maciek bardzo szybko stracił kontakt z Czarkiem, do tego chłopaki mieli trudności z powrotem – okazało się, że po stromym stoku pokrytym skałami i luźnymi kamieniami łatwiej się wchodzi niż schodzi. Zaczęło to wyglądać nieciekawie. Na domiar złego Czarkowi zaczął się wyładowywać telefon, więc nie mogliśmy go z dołu instruować, którędy iść, a Maciek podczas jednego z obsunięć uszkodził trochę rękę. Na szczęście kolegom udało się siebie odnaleźć, po czym podjąć właściwą decyzję o wejściu na szczyt, gdzie znajdowała się ścieżka, którą dało się zejść.

Po tych emocjach postanowiliśmy pojechać samochodami na północ wyspy, gdzie spodziewaliśmy się zastać trochę chłodniejszy klimat oraz bujniejszą roślinność. Ciężko nam ocenić, o ile chłodniej tam jest zazwyczaj, ale w niedzielę termometry pokazywały tam 38 stopni i jedyne, na co mieliśmy siłę, to udać się do restauracji na obiad. Trasa, która wiodła wąskimi i bardzo stromymi drogami między malowniczymi szczytami i skarpami, okazała się ciekawa. Asfalt miejscami był na tyle stromy, że nasze auta nie były w stanie przyspieszać na jedynce. Na jednym ze szczytów znaleźliśmy jednak kawiarnię z takimi widokami:

Dzień planowaliśmy zakończyć na plaży – tym razem nasz wybór padł na „Playa De La Arena”. Niestety, w związku z huraganem, który przechodził w pobliżu, warunki do kąpieli były kiepskie. W pewnym momencie, gdy byłem zaledwie kilkanaście metrów od brzegu, pojawił się silny prąd wsteczny, który zaczął mnie wciągać do oceanu. Na szczęście dzięki szybkiej reakcji dwóch ratowników mogę teraz o tym pisać.

Refleksje

Podsumowując, pojechaliśmy w dziewięć osób (i na szczęście w dziewiątkę wróciliśmy) na osiem dni na Teneryfę. Wyjazd był częściowo dofinansowany, natomiast jego organizacją zajęliśmy się sami. Dwa dni zajęła nam podróż, cztery dni poświęcone były na regularną pracę połączoną z wieczornym zwiedzaniem okolicy, mieliśmy też dwa dni intensywnego zwiedzania (te ostatnie były najbardziej wyczerpujące).

Jesteśmy zadowoleni z tego, że wyjazd nie miał negatywnego wpływu na naszą produktywność, udało nam się w godzinach pracy skupiać na pracy. Dzięki temu, że byliśmy w tej samej strefie czasowej co nasz angielski klient, współpraca z nim była łatwiejsza niż z Polski.

Do zdecydowanych plusów wyjazdu należy też to, jak bardzo zgraliśmy się jako zespół, poznając swoje mocne i słabe strony w sytuacjach innych niż zawodowe. Nie można też pominąć faktu, że zwiedziliśmy kawałek świata i wyrwaliśmy się z rutyny, a nie ubyło nam urlopu. Dobrze się też stało, iż nie pojechaliśmy na dłużej, po siedmiu dniach byliśmy już trochę zmęczeni.

Nie wszystko poszło jednak idealnie. Były rzeczy, na które wpływu mieć nie mogliśmy, tj. wszechobecne gryzące muchy. Były też takie, na które mogliśmy się lepiej przygotować. Prawie do końca pobytu właściciel domu, w którym mieszkaliśmy, obiecywał nam, że zdąży z podpięciem Internetu światłowodowego. Niestety, nie z jego winy, nie udało się to. Hiszpańska punktualność zbiegła się z trudnymi warunkami geograficznymi i jedna część wyspy nadal nie ma światłowodu. Ostatecznie właściciel dostarczał Internet poprzez dwa modemy 4G, a my posiłkowaliśmy się udostępnianiem sobie transferu z komórek. Do codziennej pracy nam to wystarczyło, prowadzenie wideokonferencji było utrudnione, ale na szczęście możliwe.

Ponadto trochę brakowało nam naszych kolegów z projektu, którzy zostali we Wrocławiu. Niestety, z jedenastoosobowego zespołu udało się pojechać tylko dziewięciu z nas.

Te drobiazgi nie zmieniają faktu, że tak nam się spodobało, iż w przyszłym roku planujemy się ponownie gdzieś wybrać całym zespołem do pracy, nawet jeśli tym razem przyszłoby nam samym to sfinansować – i tak warto. 😊

 

opisał Grzegorz Byrka

Czytaj kolejną część historii