Czas na wycieczkę

Hola ! To już szósty dzień naszego pobytu na Teneryfie. Dziś jest sobota, mamy cały dzień przeznaczony na odkrywanie uroków wyspy. Oczywiście, każdego dnia po skończonej pracy również byliśmy aktywni integracyjnie, ale ograniczenia czasowe nie pozwalały nam na zorganizowanie bardziej odległych podróży.

Pamiętajmy, że celem wyjazdu, była przede wszystkim praca, zaś na drugim planie fun i integracja zespołu. Jesteśmy profesjonalistami, kochamy to co robimy, szanujemy naszą firmę oraz naszych klientów, dlatego doskonale udało nam się połączyć pracę z czasem wolnym.

No dobrze, jaki był plan na sobotę?

Plan doskonały

To w założeniu miał być jeden z bardziej wymagających dni. Naszym celem była podróż na majestatyczny i najwyższy szczyt Hiszpanii, wulkan Pico de Teide, który jest trzecim największym wulkanem na świecie. Jego szczyt sięga 3718 m.n.p.m. Następnie mieliśmy skierować się w okolice gór Anaga, a po przedarciu się przez szczyty, dotrzeć do jednej z najbardziej wysuniętej na północ wyspy plaż, Playa Roque de las Bodegas. Powrotna droga to podróż przez wschodnią i południową część Teneryfy, przez takie miejscowości jak: Santa Cruz de Tenerife, Los Cristianos, Adeje. Ogólnie mieliśmy do przejechania około 270 km, a różnice wysokości sięgały od 0 do 2356 m.n.p.m. Tak więc, w upalny piątkowy wieczór, zmęczeni kajakami, powoli sącząc napoje wspomagające pracę mózgu, skrupulatnie planowaliśmy każdą godzinę naszej ekspedycji. Stworzyliśmy doskonały algorytm podróży, który miał nas poprowadzić prosto do celu. Nie było miejsca na pętle, na żadne bugi. Mieliśmy liczyć na siebie, sprzęt i oczywiście pogodę.

W stronę wulkanu

Z samego rana, po uprzedniej synchronizacji zegarków, nasz team, spakowany i gotowy na przygodę, stawił się przy samochodach. Entuzjazm był tak ogromny, że nawet kłęby chmur nikomu nie popsuły humoru. Po kilku chwilach i skonfigurowaniu nawigacji w końcu wyruszyliśmy. Już po pierwszych przejechanych kilometrach byliśmy zachwyceni. Droga prowadziła po zboczach wzgórz wulkanicznych. Widok wybrzeża z wysokości, ocean, przestrzeń i dreszczyk emocji spowodowany pokonywaniem niebezpiecznych serpentyn dostarczyły nam wielkiej radości. Kilometr po kilometrze, bajt po bajcie, krajobraz zmieniał się coraz bardziej. Podobnie było z temperaturą powietrza. Wystarczyło przejechać kilkadziesiąt kilometrów, żeby spadła do zaledwie 14 stopni Celsjusza. Zbliżaliśmy się do wulkanu, a otaczająca nas aura zmieniała się coraz bardziej. W pewnej chwili wyjechaliśmy zza skalnych wąwozów na otwartą przestrzeń i zobaczyliśmy „piekielną górę” (tak mówili o niej rdzenni mieszkańcy Teneryfy, Guanczowie).

Można było wyczuć obecność demona zła, Guayoty, który jak głosi legenda, zamieszkiwał wulkan. To on uwięził boga światła i słońca Mageca. Tym razem też to zrobił – słońce ukryło się za chmurami. Po ponad godzinie jazdy samochodem dotarliśmy pod wyciąg położony u podnóży wulkanu. Byliśmy na wysokości 2356 m.n.p.m. Niestety, wyciąg ze względu na złe warunki atmosferyczne został zamknięty. Byliśmy lekko zawiedzeni, ale nie zrezygnowani – przecież podróż dopiero się zaczęła. 🙂 Zdecydowaliśmy, że jedziemy dalej. Patrząc na krajobraz, czułem się jak Neil Amstrong, stawiający pierwszy krok na Księżycu.

W drodze na północ minęliśmy obserwatorium astrofizyczne Teide. Najwyraźniej okolica ma dużo wspólnego z księżycem, bowiem na jego powierzchni znajdują się dwie formacje geologiczne noszące nazwy Teide i Teneryfa.

Zielone wybrzeże

Podczas podróży w stronę północno-wschodniego wybrzeża krajobraz zmieniał się diametralnie. Spalone słońcem południe i surowe oblicze wulkanu ustąpiło miejsca bujnej roślinności. Było coraz bardziej zielono. Mijaliśmy lasy sosnowe, drzewa liściaste, palmy i kaktusy.

Przedzierając się przez przełęcze gór, kilkakrotnie zatrzymywaliśmy się, by nacieszyć oczy widokami. Robiliśmy dziesiątki zdjęć, aby choć na chwilę uwiecznić widok, zatrzymać emocje w cyfrowej pamięci.

W końcu, po kilku godzinach podróży, dotarliśmy na plażę Playa Roque de las Bodegas. Marzyliśmy o jednym – by jak najszybciej skąpać się w falach oceanu. Temperatura powietrza osiągnęła 38 stopni Celsjusza, mimo że słońce nadal nie przebiło się przez chmury! Wielką radość sprawiły nam ogromne fale. Pływanie, widok na góry i duża piaszczysta plaża, to wszystko zrekompensowało nam niezdobyty szczyt wulkanu. Po tak wspaniałych chwilach dopadło nas chwilowe zmęczenie. Wygłodniali, znaleźliśmy małą restaurację, w której zamówiliśmy paellę.

Czas płynął nieubłaganie. W drodze powrotnej postanowiliśmy odwiedzić jeszcze jedną plażę, Playa de la Tejita. Niestety, słońce było coraz niżej i musieliśmy wracać do naszej hacjendy. Całą trasę powrotną przemierzyliśmy autostradą TF-1 (taka Route 66 na Teneryfie).

To był wspaniały dzień

Po powrocie zorganizowaliśmy kolację z deserem w postaci grillowanych bananów z czekoladą, za które nasz kolega powinien dostać kulinarną nagrodę roku. 🙂 Przy napojach wspierających utrwalanie pamięci przeżywaliśmy jeszcze raz tę wspaniałą sobotę. Zastanawialiśmy się, kto tak pięknie zaimplementował tę wyspę i snuliśmy plany na dzień następny. Ale to już inna historia, o której dowiecie się w następnym poście.

 

opisał Krzysiek Dziadul

Czytaj kolejną część historii